|

Dziewczynki i chłopcy chodzą do osobnych szkół, noszą mundurki, mają codziennie rano msze, praktykują cnoty. Iwona Czarnacka, TWÓJ STYL, wrzesień 2010 r.
- Nie jesteśmy przeciwnikami koedukacji, ale każdy ma prawo wyboru – nasze córki chodzą do żeńskiej szkoły, bo uważamy z żoną, że to daje im większe możliwości – mówi Paweł Zuchniewicz, ojciec dziewczynki, która uczy się w niepublicznej szkole Strumienie w podwarszawskiej Falenicy. Paweł Zuchniewicz często tam bywa, bo Szkoła utrzymuje z rodzicami bliski kontakt. Identycznie jest w Żaglach, niepublicznej szkole podstawowej i gimnazjum dla chłopców w Międzylesiu, bliźniaczej szkole Strumieni.
Tu każdy uczeń ma swojego opiekuna, który pilnuje jego rozwoju w szkole i jest odpowiedzialny za kontakt z domem. Rodzice zobowiązują się, że co najmniej trzy razy w roku się z nim spotkają, by porozmawiać o dziecku. Kiedy dzieje się coś niepokojącego, spotkań jest więcej. Żagle i Strumienie to szkoły założone przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny STERNIK. Ta elitarna placówka powstała w 2003 roku dlatego, że grupa rodziców chciała, by wychowanie w szkole było przedłużeniem wychowania w domu, by Szkoła wpajała dzieciom te same wartości. Opiekę duszpasterską sprawują w niej księża z Opus Dei. - Choć nie jesteśmy szkołą wyznaniową, wiedzę o człowieku przekazujemy zgodnie z nauką Kościoła – tłumaczy dyrektor Janusz Wardak. – Codziennie mamy nieobowiązkowe msze. Uczniowie, którzy zostają w klasach, mają w tym czasie obowiązkowe czytanie. Skąd pomysł na rozdzielenie chłopców od dziewczynek, tłumaczy jeden z nauczycieli Żagli: - Naszym zdaniem wymagają zupełnie innego podejścia. Mamy pewne zasady, którymi się kierujemy. Np. w klasach „męskich” powinno być zimniej, ponieważ temperatura idealna dla nich wynosi 21, a dla dziewczynek 23 stopnie. Do chłopców trzeba mówić głośno i konkretnie, inaczej nie posłuchają. Dziewczynka, która usłyszy krótkie: „Zamknij szafkę”, pomyśli: „Pan mnie nie lubi”. Janusz Wardak uważa, ze szkoły tego typu łamią stereotypy płci: - W szkole koedukacyjnej chłopcy szybko się orientują, że dziewczynki dominują w przedmiotach humanistycznych i artystycznych i odpuszczają – tłumaczy. - Dziewczynki zniechęcają się do matematyki czy informatyki, bo według stereotypu to męska dziedzina. W naszych szkołach nie ma konkurencji między płciami i dzieci mogą się rozwijać we wszystkich obszarach, zgodnie z własnymi zainteresowaniami. A co z kontaktem między dziewczynkami a chłopcami? I tak nawiązują je po lekcjach. – Obie szkoły ze sobą współpracują. Moja córka była ostatnio bardzo rozczarowana, że chłopcy wygrali wspólny konkurs karaoke – śmieje się Paweł Zuchniewicz. – To była wielka międzyszkolna rywalizacja. Muszę przyznać, ze chłopcy śpiewali naprawdę rewelacyjnie. W szkole koedukacyjnej pewnie by do takiego konkursy w ogóle nie przystąpili. Wstydziliby się.
I chłopcy i dziewczynki uczą się według tego samego programu. Szkoły Sternika korzystają z powszechnie dostępnych podręczników, mają normalne lekcje i przerwy, „zwyczajne” przedmioty. Klasy są liczne: do 30 osób, ale nikomu to nie przeszkadza, a przynajmniej nie ma wpływu na wyniki: szóstoklasiści na egzaminie kończącym szkołę osiągają 36 punktów na 40 możliwych, przy średniej krajowej 24. - Kiedy człowiek tyle słyszy o pracowitości, ile w naszej szkole, wstyd się obijać. Nie da się po prostu. Bardziej opłaca się pracować – śmieje się jeden z piątoklasistów. – Staramy się w uczniach zbudować zdrowe podstawy moralne – mówi dyrektor. A więc na równi z nauką poszczególnych przedmiotów, uczniowie praktykują tak zwane cnoty – co miesiąc inną. Jedną z najważniejszych jest pracowitość. Uczeń dostaje osobny stopień za to, w jaki sposób pracuje, wykorzystuje swoje talenty i możliwości. Na tablicach w salach zawsze wypisane są nazwiska dyżurnych odpowiedzialnych za porządek. Oprócz pracowitości praktykowane i oceniane jest męstwo, porządek, hojność.
– Wiem, że to konserwatywne podejście. Ale mnie bardzo odpowiada, że mój syn ma dobre wzory – tłumaczy Zbigniew, ojciec trzech chłopców, którzy uczą się w Żaglach. – W dzisiejszym świecie tego typu wartości nie są w cenie, a mnie zależy, żeby moje dzieci przebywały wśród ludzi, którzy mają mocny kręgosłup moralny. Nie jest to też szkoła dla zbyt zajętych rodziców lub takich, którzy nie chcą dostosować się do obowiązujących tu reguł. Zdarza się, że dziecko opuszcza szkołę, bo nie pasuje do niej… rodzic. W Żaglach uważa się np., że dla prawidłowego rozwoju chłopca potrzebny jest mu bliski kontakt z ojcem. Organizuje się więc wycieczki, na które synowie z ojcami jadą razem autokarem. – To są fajne wyjazd, zwykle wszyscy dobrze się bawią – komentuje jeden z nauczycieli. Ale zdarzają się wyjątki: ojciec jednego z uczniów pojechał kiedyś na wycieczkę za autokarem… swoją limuzyną. Nie miał ochoty się integrować. Dziś ten chłopiec uczy się już w innej szkole. - To Szkoła elitarna – mówi Iza, mama czwórki dzieci. – Bałam się, że mój syn może czuć się nieswojo w towarzystwie dzieci z bardzo zamożnych domów. Zwłaszcza kiedy zobaczyłam mundurki, których częścią są nawet skarpetki. Dzieciaki wyglądają jak w prywatnej angielskiej szkole. Ale teraz uważam to za plus: dzięki nim nie widać różnic w stanie konta. W szkole nie wolno chwalić się gadżetami i musze przyznać, że nauczyciele tego pilnują. - Najważniejsze nie są stopnie. Chcemy, by nasi uczniowie mieli udane życie rodzinne i grono sprawdzonych przyjaciół. A to bezpośrednio wiąże się z tym, jakimi są ludźmi – podsumowuje Janusz Wardak.
|