Reportaż - Ekstraklasa szkół
Piątek, 30. Październik 2009 15:14
Jak wychować zdolne i szczęśliwe dziecko?

 

Monika Głuska - Bagan   PANI, listopad 2009    

                       

POBIERZ całość

 

Pani nr 11 (230) 2009r.


Jak wychować zdolne i szczęśliwe dziecko
Zapisy są na kilka lat wcześniej.  Za czesne trzeba słono płacić i godzić się na takie, a nie inne rygory. Rodziców to nie zraża.  Chcą, żeby dzieci chodziły do szkoły, o jakiej oni mogli tylko marzyć...

Monika Głuska-Bagan

Podwórko szkoły dla dziewcząt Strumienie w podwarszawskiej Falenicy. Uczennice w granatowo-czerwonych mundurkach. Uśmiechnięte buzie. Okrzyki, hałas jak w każdej szkole. To niepubliczna podstawówka i gimnazjum prowadzone przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik. W pobliskim Józefowie znajduje się oddział dla chłopców – Żagle. Na boisku uczniowie kopią piłkę, przekrzykują się, przepychają. – Kiedy czasem zdarza mi się odbierać syna ze szkoły, lubię patrzeć, jak chłopaki grają w nogę – mówi Bogdan Rymanowski, dziennikarz TVN.
Jego ośmioletni syn chodzi do drugiej klasy do Żagli, 11-letnia córka do Strumieni. – W tej szkole może się naprawdę wyszaleć: koszykówka, noga, dwa ognie – dodaje. – Tu wychowuje się mocnego faceta, nie mięczaka. Obserwuję, jak syn, ale też i córka szybko stają się samodzielni, uczą się podejmować decyzje, pracy w grupie, pomagania słabszym. 


W szkołach Sternika dba się o rozwój różnorodnych zainteresowań uczniów. W chłopięcej – chór ojców i synów, a także wspólne męskie wycieczki. Ojcowie razem rozpalają ognisko, gadają o sporcie. – Miałem kiedyś wątpliwości, czy nie lepsze jest kształcenie koedukacyjne – tłumaczy Rymanowski. – Ale szybko przekonałem się, że jednak nie. 
– Dziewczynki i chłopcy różnią się w zachowaniu i percepcji – uważa Paweł Zuchniewicz, dyrektor do spraw komunikacji Sternika, jednocześnie ojciec jednej z uczennic. – W Strumieniach do dziewcząt mówi się ciszej, często się je chwali, w Żaglach nauczyciele wydają proste komunikaty, robią to też dużo głośniej.


Można się z tym zgadzać lub nie, ale Zuchniewicz, powołując się na wyniki badań psychologicznych, zapewnia, że ta szkoła wcale nie utrwala stereotypów dotyczących płci. Wręcz przeciwnie. W koedukacyjnych trudno namówić chłopców do śpiewu, tańca, pisania esejów, a dziewczynki do przedmiotów technicznych, ścisłych. Natomiast tu dziewczęta częściej myślą o studiach na politechnice, a chłopcy o kierunkach humanistycznych czy artystycznych.
 Strumienie i Żagle to elitarne miejsca, w których rodzice zgadzają się na pewien kontrakt – bardzo bliską współpracę ze szkołą. Nie ma tu wywiadówek, ale co najmniej cztery razy do roku matka i ojciec rozmawiają z opiekunem dziecka. Jest on łącznikiem między rodzicami a szkołą. Zarówno za naukę, jak i zachowanie są oceny. Od przedszkola przez wszystkie etapy szkoły realizowany jest specjalny program, który ma kształtować charakter. W każdym miesiącu nauczyciele skupiają się na innych umiejętnościach. Wrzesień to porządek, październik – pracowitość, potem kolejno: wytrwałość, przyjaźń.
 Bogdan Rymanowski: – Czasy się zmieniają i dzieci są bombardowane różnymi informacjami, pokusami i nie zawsze dobrymi wskazówkami, jak żyć. Jeśli szkoła i rodzina jednoznacznie wyznają te same zasady, tym lepiej. Wysłanie dzieci do szkół Sternika jest wyzwaniem dla rodziców, ale my z żoną zgadzamy się z wartościami, które tam są wpajane.


Rodzina, która chce zapisać dziecko, składa wniosek i zostaje umówiona na rozmowę wstępną. Uczestniczą w niej oboje rodzice oraz przedstawiciel rady zarządzającej szkoły. Właściwie należy mówić o zapisaniu do projektu całej rodziny. Wprawdzie nie jest to szkoła wyznaniowa, ale wiadomo, że uczniowie przeważnie pochodzą z rodzin katolickich. Podczas roku szkolnego mogą oni uczestniczyć w praktykach religijnych.  


Pomysł na taką szkołę zrodził się w grupie zaprzyjaźnionych ze sobą rodziców. Takie placówki działają od kilkudziesięciu lat na świecie, dlatego na początek nawiązano kontakt z podobnymi szkołami w Katalonii. Rodzice założyli Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny, a w 2004 roku zaczęły działać przedszkole i szkoły podstawowe. Teraz funkcjonują już gimnazja, a będą i licea. Specyfika polega na spersonalizowanej edukacji – bierze się pod uwagę ucznia i ściśle współpracuje z jego rodziną. Inspiracja płynie od założyciela Opus Dei – św. Josemarii Escrivy. Ten „święty od codzienności” istotną część nauk poświęcił rodzinie, w tym małżeństwu i wychowaniu dzieci. Stowarzyszenie nie ukrywa, że szkoły, choć są prywatną inicjatywą rodziców, korzystają z opieki duszpasterskiej kapłanów Prałatury Opus Dei, która wielu osobom kojarzy się z restrykcyjną i zamkniętą dla ogółu organizacją.


W Polsce w niepublicznych szkołach kształci się około 200 tysięcy dzieci, czyli sześć procent uczniów. Zbliżamy się pod tym względem do Wielkiej Brytanii. W rankingach, które stosują kryteria porównujące najlepsze wyniki szkół uzyskane w testach (na zakończenie gimnazjum i matur), niepubliczne szkoły zaczynają przodować. Barierą w dostępie do tych szkół są pieniądze: wpisowe i comiesięczne czesne. Wiadomo jednak, że edukacja nie jest egalitarna. W Stanach Zjednoczonych najbardziej efektywny system to taki, w którym działają szkoły dla każdego, obok tych elitarnych. Najlepsi uczniowie z placówek publicznych mają szansę dostać stypendia i przenieść się do szkół elitarnych. W kampanii wyborczej Barrack Obama wielokrotnie podkreślał, że przeznaczy więcej pieniędzy na edukację publiczną. Sam jednak wysłał córki do elitarnej szkoły prywatnej Sidwell Friends, co wywołało wiele złośliwych komentarzy.

Uważa się, że szkoły o surowej dyscyplinie kształcą sumiennych urzędników, a te stawiające na kreatywność – ludzi twórczych. Ale to nie reguła. Na początku wybór szkoły zależy od rodziców, od tego, jakiej przyszłości pragną dla dziecka, ich aspiracji i ambicji. Czy chcą tylko świetnej edukacji, a może także dobrego wychowywania, jakie dają szkoły prowadzone przez stowarzyszenia katolickie.


W Polsce uczęszcza do nich 50 tysięcy dzieci. Rodziców przekonują liczby, bo ponad 75 procent uczniów tych szkół dostaje się później na wyższe uczelnie.
Jednak coś za coś. W szkołach katolickich liczy się bardziej dyscyplina i – na ogół – trzeba też być praktykującym katolikiem.
 Wystarczy przekroczyć próg malowniczego, obrośniętego bluszczem budynku przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie, aby znaleźć się w kompletnie innym świecie. Na portierni uśmiechnięta siostra zakonna, korytarze lśnią czystością. Uczennice w mundurkach: szkocka krata w tonacji granatu dla gimnazjalistek, w zieleni – dla licealistek.
 – Mówi się, że szkoły niepubliczne pojawiły się w 1989 roku, tymczasem my obchodzimy w tym roku 90. rocznicę działalności – uśmiecha się znad komputera siostra Ruth, polonistka, dyrektorka Prywatnego Gimnazjum i Liceum Sióstr Nazaretanek, która przyjmuje mnie w dużym gabinecie w budynku szkoły. Za komuny siostry mogły prowadzić wyłącznie liceum, i to w wydzielonej części gmachu, po roku 1990 odzyskały prawa do nieruchomości i rozszerzyły działalność edukacyjną. Realizują też program IB (International Baccalaureate), czyli prestiżowej matury międzynarodowej.
Tę szkołę wspominają z sentymentem m.in. Kazimiera Szczuka, Agata Młynarska, niedawno ukończyła ją Anastazja, córka Cezarego Pazury. Dawne uczennice zgodnie podkreślają, że właśnie u sióstr znalazły zrozumienie i tolerancję.
– Szkoda, że mam dwóch chłopców, bo córki na pewno zapisałabym do „Nazaretanek” – dodaje Danuta Holecka, absolwentka tej szkoły, znana dziennikarka telewizji TVP Info. 


Istnieje stereotyp, że do sióstr wysyła się te uczennice, z którymi nikt już sobie nie radzi. – Nasza szkoła to nie kompania karna – podkreśla siostra Ruth. – Czasem zdarza się, że trafiają do nas trudne przypadki, ale staramy się wtedy roztoczyć opiekę nad uczennicą. Mamy tu świetny zespół doświadczonych wykładowców, ale i my – niekiedy – jesteśmy bezradne. Wtedy rozmawiamy z rodzicami i próbujemy wskazać miejsce specjalistycznego wsparcia. 
To jednak nieliczne przypadki. Absolwentki „Nazaretanek” znają świetnie kilka języków, łacinę, ale także pięknie się poruszają, nakrywają do stołu, układają kwiaty w wazonie. Tego uczą się na lekcjach kultury gestu. Siostry starają się chronić uczennice przed współczesnymi zagrożeniami: zbytnim liberalizmem, narkotykami, alkoholem. Szkoła przygotowuje dziewczyny zarówno do studiów, jak i do życia w rodzinie i społeczeństwie. W gimnazjum i liceum dziewczęta pracują jako wolontariuszki w świetlicach środowiskowych, szpitalu, domu dziecka.
– Tak, czujemy się w dzisiejszym świecie szkołą elitarną, ale nie dlatego, że mogą się tu znaleźć uczennice bardziej zamożne czy lepiej urodzone, ale dlatego, że za znamię elitarności uważamy podstawy moralne i społeczne – dodaje siostra Ruth...

 
Copyright © 2009, Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny "Sternik". Webmaster: webmaster@solmedia.pl