| Szkoła nie jest dla dzieci a chłopcy to nie dziewczyny |
|
There are no translations available Polska The Times 01-09-2009 Początek roku szkolnego to czas, by nauczyciele zaprosili rodziców do współpracy.Szkoła nie jest dla dzieci, a chłopcy to nie dziewczyny. Z Robertem Mazelanikiem, dyrektorem „Żagli”, Szkoły Podstawowej i Gimnazjum Stowarzyszenia „Sternik”, rozmawia Mira Suchodolska
Szefuje Pan szkole dla chłopców, placówce, gdzie młodzi mężczyźni nie są dyskryminowani, jak to dzieje się w miejscach, do których uczęszczają dzieci obojga płci. Szkoły mieszane są w rzeczywistości przeznaczone dla dziewczynek i prowadzone głównie przez kobiety, według programów nauczania przygotowanych przez przedstawicielki płci pięknej. Premiowana tam jest szeroko rozumiana grzeczność – a więc spokojne siedzenie w ławkach, nieodzywanie się bez pytania, uśmiechanie itp. Rzadko bierze się pod uwagę odmienności chłopców. I tego, że wymagają oni odrębnego traktowania. Wynika to zarówno z fizjologii, jak i różnic w rozwoju czy procesie uczenia się. Weźmy taki przykład: mało kto wie, że chłopcy potrzebują w klasie temperatury o 3 st. C niższej niż dziewczynki .W przeciwnym razie stają się jeszcze bardziej nadpobudliwi i niegrzeczni, nie mogą usiedzieć w ławce i doprowadzają nauczycieli do szału. Kolejna sprawa, o której się nie mówi, a mianowicie to, że chłopcy, zwłaszcza młodsi, gorzej słyszą niż dziewczęta. Nauczycielki mają do nich pretensje typu „on mnie lekceważy, ignoruje”, a oni rzeczywiście często nie słyszą poleceń. Powinni więc siedzieć w pierwszych, a nie ostatnich ławkach, jak to najczęściej się zdarza. Kolejna różnica: chłopcy gorzej także widzą, a już na pewno inaczej niż dziewczęta, tzn. lepiej rejestrują ruch, a gorzej rozpoznają kolory. W procesie nauczania powinno się więc to wykorzystywać, ale w szkołach, gdzie są i dziewczynki, i chłopcy, nie zawsze się to robi. Mój syn przez całą szkołę był tym niegrzecznym: łaził po klasie, gadał, przepychał się z kolegami. Kolejna niedoceniana rzecz to są różnice w psychologii dziewcząt i chłopców. Chłopcy są bardziej konfrontacyjni, nastawieni na rywalizację niż koncyliacyjne dziewczynki. Fakt, że się poklepują, przepychają, popychają to po prostu przejaw męskiej przyjaźni i wyrażania uczuć, a nie łobuzowania. Nauczycielom, szczególnie paniom, czasami trudno to zaakceptować. Dlatego kadra w Waszej szkole jest męska. Chodzi przede wszystkim o dawanie męskich wzorców młodym mężczyznom. Ale tak, ma pani rację: ktoś, kto nie ma za sobą doświadczenia bycia małym chłopcem, będzie miał trudności ze zrozumieniem swoich podopiecznych. Np. tego, że muszą się oni wybiegać i wykrzyczeć... Dlatego codziennie mają dwie godziny wychowania fizycznego, duży nacisk kładziony jest także na uczenie innych przedmiotów „w ruchu” – wokół szkoły jest las, gdzie można zorganizować lekcję przyrody, złapać dżdżownicę i zrobić jej sekcję itp. Ważne jest także to, że znając różnice w rozwoju dziewczynek i chłopców (a zwykle są one na niekorzyść tych ostatnich), można tak sterować procesem edukacyjnym, aby je zniwelować. Np. chłopcy są opóźnieni nawet do dwóch lat w rozwoju językowym, to znaczy że później uczą się mówić, gorzej mówią, gorzej czytają i piszą. A także słabiej uczą się języków obcych. To ma ogromny negatywny wpływ na ich sukcesy szkolne. Mają pod koniec szkół średnich gorsze oceny niż dziewczynki, a w efekcie są mniejszością na najlepszych uniwersytetach. WUSA już 60 proc. uczniów college’ów to dziewczynki.
Nawet najbogatsze państwa, których systemy edukacyjne są lepsze od naszego – a więc Finlandia, niektóre kraje azjatyckie jak Singapur – borykają się z tym kłopotem. Bo jeśli np. przyswajanie wiedzy matematyczno-przyrodniczej jest już u chłopców i dziewcząt na mniej więcej tym samym poziomie, a nawet dziewczyny uzyskują tu lepsze oceny, to dziesięcioprocentowego upośledzenia chłopców w zdolnościach językowych nie udało się zlikwidować. Stąd duże zainteresowanie odrębnymi szkołami dla chłopców i dziewcząt. Tak, można już chyba nawet mówić o pewnej modzie. W USA zapoczątkował ją prezydent Bush, prezydent Obama także jest wielkim zwolennikiem takiego rozwiązania, choć niektórym ludziom może wydawać się ono dziwaczne czy niepoprawne politycznie. Tymczasem, jak się okazuje, to po prostu działa – widać to choćby po wynikach nauczania, które w Waszych szkołach znacznie przewyższają średnią. Bo my uczymy dzieci się uczyć, dostosowując tempo i metody do ich indywidualnego rozwoju. Poza tym takie nauczanie i wychowanie jest nie tylko skuteczniejsze, ale i tańsze dla całego systemu oświaty. Proszę sobie wyobrazić, że w naszych szkołach nie ma patologii wynikających z tego, że chłopcy, łobuzując, popisują się przed dziewczynami. Albo na odwrót: dziewczynki stają się bardziej agresywne, aby „pokazać się” rówieśnikom. To też ma swoje uzasadnienie w różnicach rozwojowych: chłopcy dojrzewają emocjonalnie późno, dopiero gdzieś ok. 18. roku życia, więc dziewczynki ich lekceważą i uważają za półgłówków. Aby zwrócić na siebie uwagę, chłopaki zdolni są więc do każdej głupoty. Zdarza się też, że chłopcy i dziewczęta wstydzą się siebie nawzajem. I to nie tylko na lekcjach WF-u . Zgadza się, tak bardzo pragną pokazać, jacy to są twardzi i męscy, że wzdragają się przed tym, aby śpiewać na lekcjach, recytować poezję czy malować. Ot, scenka, która zdarza się w co drugiej szkole: Kasia maluje kwiatki, a Jasiu jakąś dziwną czarną kulę z czerwonymi kropkami. To główny wyznacznik Waszych szkół: ścisła współpraca z rodzicami. Mówimy, trochę prowokacyjnie, że w naszych szkołach nie nauczyciele są najważniejsi, również nie dzieci, ale rodziny. Kluczem do zbudowania dobrej szkoły jest współpraca rodziców, nauczycieli i dzieci oparta o wzajemne zaufanie. Bo tylko w rodzinie możliwy jest dobry, prawidłowy rozwój dziecka. Wszystko więc, cokolwiek robimy, robimy w ścisłym porozumieniu z rodzicami, ale nie zastępujemy, nie wyręczamy. Tajemniczości, ale i elitarności Waszym placówkom nadaje fakt, że kojarzone są z Opus Dei. Nie są to szkoły prowadzone przez Opus Dei, ale część rodziców, którzy zakładali Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny „Sternik” przed pięciu laty, faktycznie była albo członkami, albo sympatykami Opus Dei. Dziś grono rodziców jest bardziej zróżnicowane, zdarzają się nawet osoby niewierzące – jesteśmy otwarci na różne światopoglądy. Tym, co nas łączy, jest niekoniecznie wiara katolicka lub przynależność do organizacji kościelnych. Łączy nas troska o zapewnienie naszym dzieciom przede wszystkim jak najlepszego wychowania. A co za tym idzie, także świetnej szkoły.
|
Fundusz ten pomaga pokrywać koszty edukacji dzieci. Dzięki niemu z naszych szkół i przedszkoli mogą korzystać także te rodziny, których możliwości finansowe nie pozwalają na pełne pokrywanie opłat. Fundusz został utworzony po to, aby status materialny nie stał się barierą dostępu do szkoły na wysokim poziomie. Zależy nam na stworzeniu zdrowego, zróżnicowanego środowiska, w którym będą wzrastać powierzone nam dzieci.